Dzisiaj jest sobota, 16 grudnia 2017. Imieniny Albiny, Sebastiana, Zdzisławy

Ale jazda pod choinką

2010-11-30 12:31:09 (ost. akt: 2010-12-07 17:57:46)

Daruj sobie kolejne skarpety i krawaty dla ukochanego pod choinkę. Jeśli w jego żyłach buzuje trochę wysokooktanowego paliwa, nic go nie ucieszy tak, jak kurs sportowej jazdy na torze wyścigowym, czy wbicie się za kierownicę lamborghini, a może i bolidu F1.

Ale jazda pod choinką

Autor zdjęcia: Archiwum

Ile byś dał, żeby pojeździć na torze za kierownicą 500-konnego lamborghini gallardo? Niejeden wziąłby pewnie kredyt. A waśnie takie prezenty choinkowe robią coraz większą furorę. 
Ja wiem, wszyscy już niecierpliwie tupią nogami, ileż to trzeba wysupłać pieniędzy, więc od razu wyrzucam z klawiatury trzy dziewiątki. Oczywiście operujemy naszą złotówką. 
Często taki prezent żony fundują swoim mężom. Pewnie niejedna widziała zdjęcie takiego lamborgini na biurku ukochanego, więc jeśli jest taka możliwość, spełniają marzenie.


Jak Kubica
Ale nawet piekielnie mocne lambo, to dopiero przystawka do takiego wydarzenia, jakim jest poprowadzenie bolidu F1. Tak, to nie sen.
W Wielkiej Brytanii komercyjne przejazdy bolidem mają już 15-letnią historię. Jeśli więc stać kogoś na prezent dla ukochanego za 7,5 tys. zł oraz przelot i zakwaterowanie...
Atrakcja trwa niemal cały dzień, bo zanim zasiądzie się za kierownicą bolidu, najpierw trzeba przejść odpowiednie przeszkolenia i oswoić się z torem za kierownicą pojazdów lżejszego kalibru. Ostatnim krokiem jest przejazd już w bolidzie za autem prowadzącym i wreszcie ten samodzielny. Bolid to autentyczna maszyna sprzed kilku sezonów, która służy teraz komercyjnym celom. 
A jeśli uważamy, że prezent może przerosnąć siły naszego ukochanego? Jest i rezerwowe wyjście — wyślijmy go najpierw do szkoły bezpiecznej, bądź sportowej jazdy.



Nie zamiatać pełnym driftem

Jak powszechnie wiadomo, każdy Polak uważa się za najlepszego kochanka i najlepszego kierowcę. Bez dwóch zdań. No bo dlaczego ma się uważać za słabego kierowcę, jeśli wyśmienicie zdał egzamin na prawo jazdy, zdarza mu się nawet codziennie jeździć samochodem, a od trzech lat uchował się bez stłuczki? Niestety, tyle argumentów to mało. Na kursach na prawo jazdy uczą bowiem jak ruszyć bez szarpnięcia i jak zaparkować tyłem w kopercie nie rozbijając komuś błotnika. Niezmiennie od pół wieku. A cała reszta gna do przodu. 200-konne auta są na wyciągnięcie ręki i nierzadko za kilka przeciętnych pensji. Ruch na drogach wymaga dzisiaj sprytu, jakiego po blokujących ronda autach z „L“ na dachu trudno się spodziewać. Dlatego warto wziąć sprawy w swoje ręce i kiedy już mamy prawo jazdy, naprawdę... nauczyć się jeździć. Gdzie? Szkół specjalizujących się w organizowaniu kursów bezpiecznej i sportowej jazdy jest już całkiem sporo. To dowód na to, że chcemy doskonalić technikę jazdy, niekoniecznie po to, by zamiatać ulice pełnym driftem, ale po to, by w nagłej sytuacji nie dać się zaskoczyć. Albo inaczej, by trzymać się starej maksymy mistrzów kierownicy: dobry kierowca to nie ten, który umie wyprowadzić auto z poślizgu, ale ten, który nie doprowadza do poślizgu.
Przyzwoite szkolenia kierowców zaczynają się od 350 zł za kilkugodzinne spotkanie. Niektóre szkoły schodzą do przystępnych cen, ale wówczas kursanci przyjeżdżają swoimi samochodami. Nawet i dobrze. Tym lepiej poznają swoje auto w ekstremalnych warunkach, bo przecież każde ma inną specyfikę prowadzenia, masę, moc i opony.



Hamulce nie wybuchają

I czego nas nauczą na jednodniowym kursie? Trudno w tak krótkim czasie wykorzenić złe nawyki, których nabyliśmy przez kilkanaście lat jazdy. Ale pokazujemy i ćwiczymy te właściwe na tyle długo, by przynajmniej utkwiły w pamięci. Jeśli następnego dnia któryś z kursantów będzie źle trzymał kierownicę, to może złapie się na tym, że prawidłowo jest inaczej. 
Szkolenia składają się zwykle z bloku teorii i praktyki, a często też i z pierwszej pomocy. To dziwne, ale dopiero na takim szkoleniu kierowca z wieloletnim stażem dowiaduje się, jak prawidłowo siedzieć za kierownicą i jak kolosalne znaczenie ma to na bezpieczne prowadzenie auta. Pozna kinetykę auta, która sprawia, że na jednym zakręcie wylatuje ono z zakrętu przodem, a na innym tyłem. Wreszcie mu ktoś pokaże jak się hamuje, kiedy coś nagle pojawia się na drodze. Jak ocenić zakręt i przygotować się do niego. Będzie szlifował manewry, jakie wczorajszej nocy mogły być jedynie koszmarnym snem. 


Nauka w prezencie
No właśnie, prócz certyfikatu, z dobrego kursu wraca się przede wszystkim z nowym poglądem na prowadzenie auta. Czujemy się pewniej za kierownicą i poznajemy granice bezpieczeństwa auta. Wiemy, że różnica w mieście między 60, a 50 km/h, to o kilka metrów dłuższa droga hamowania, może cennych dla życia pieszego.
Kursy prowadzone są zwykle na torach, bądź lotniskach. Prowadzą je czynni i byli utytułowani kierowcy rajdowi oraz wyścigowi. Pewnie niejednemu facetowi gęba by się nie przestała uśmiechać, gdyby pod choinką znalazł opłacony kurs sportowej jazdy, który poprowadzi z nim Maciej Polody, zwycięzca Drift Challenge. 

Rafał Radzymiński

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB