Dzisiaj jest sobota, 16 grudnia 2017. Imieniny Albiny, Sebastiana, Zdzisławy

Kraina dzieciństwa

2011-11-08 14:55:27 (ost. akt: 2011-12-02 12:46:02)

Rano w kolejce po chleb spotkałam Jagodę i Leszka. Jagody nie widziałam od 35 lat. Teraz przyjechała do schorowanej matki. Leszek bywał częściej. Miał plany zebrania naszej paczki z jednej ulicy i jednej klasy i zrobić spotkanie. Rozmawialiśmy o znajomych i dowiedziałam się, że chcą przyjść do mnie. Mają już opracowany plan. Mówią mi: (...)

Kraina dzieciństwa

Autor zdjęcia: Paweł Kicowski

Rano w kolejce po chleb spotkałam Jagodę i Leszka. Jagody nie widziałam od 35 lat. Teraz przyjechała do schorowanej matki. Leszek bywał częściej. Miał plany zebrania naszej paczki z jednej ulicy i jednej klasy i zrobić spotkanie. Rozmawialiśmy o znajomych i dowiedziałam się, że chcą przyjść do mnie. Mają już opracowany plan. Mówią mi:
— Zróbmy sobie prezent, chcemy wrócić do naszych dziecięcych przeżyć.
Zgadzam się na propozycję wspólnych wspomnień. Przychodzą Jagoda, Anka, Maria, Irena, Romek i Andrzej, Leszek. Siadamy, jesteśmy wzruszeni. Przecież takie spotkanie naszej grupy ostatnio odbyło się... zaraz... Tak! 35 lat temu, po ukończeniu ósmej klasy. Teraz mamy po 50 lat. Owszem, spotykaliśmy się z niektórymi sporadycznie, ale tak razem pierwszy raz. Mówią o tym, że mają od dawna ochotę wrócić do pamiętników, które pisałam.
Mieszkaliśmy obok siebie, jedna ulica i plac w małym miasteczku. Byliśmy przyjaciółmi od piaskownicy. Razem chodziliśmy do szkoły, do jednej klasy. Teraz żyjemy gdzieś tam w świecie. Są wśród nas nauczyciele,w jedna pielęgniarka, pracownik administracji państwowej i elektryk. Andrzej mieszka w Niemczech od wielu lat. Moje pamiętniki kiedyś były przedmiotem konfliktu. Były wtedy popularne inne pamiętniki, gdzie pisało się koleżankom oklepane wierszyki. Ja poszłam dalej. Zaczęłam pisać to co zdarzyło się danego dnia. Początkowo były to cieniutkie zeszyty. Potem zaczęłam zapisywać wydarzenia w grubszych zeszytach. Taki zeszyt moi koledzy wykradli mi i przeczytali. Zrobiła się z tego regularna bójka. Po klasie latało wszystko, czym można było rzucać. Wszyscy opisani w pamiętniku byli urażeni. Na tę bitwę weszła nasza wychowawczyni. Była to pierwsza pani magister w naszym miasteczku, polonistka.Była uczestniczką Powstania Warszawskiego. Nasza Pani rozstrzygnęła walkę. Powiedziała nam, każdy ma prawo pisać pamiętniki, ale cudzych pamiętników się nie czyta. Wielcy ludzie pisali właśnie pamiętniki.
Po latach są one ważnym dokumentem minionych czasów. Mnie zachęciła do pisania. Mówiła:
— Pisz z potrzeby serca, nawet do szuflady... Zobaczysz, kiedyś będziecie do nich wracać.
No i wrócili. Leszek zaczął czytać zeszyt pisany piórem, data 10 września 1963 rok. Opisałam Zbyszka, któremu ktoś rozbił nos i leciała mu krew. Zbyszka pobili, bo nosił krótkie spodnie i pończochy. Dokuczali mu starsi, wyrośnięci chłopcy. Zastanawiamy się — właśnie, co się stało ze Zbyszkiem? Przywołujemy obraz Zbyszka. Każdy z nas przypomina sobie małego, piegowatego chłopca, któremu dokuczali z powodu pończoch. Jego matka długo ubierała go tak, nawet do szóstej klasy. 

Anka znajduje w zeszycie opis lekcji polskiego, gdzie omawialiśmy widokówkę. Pierwsza widokówka naszego miasteczka. Nasza ulica była czarno-biała. Czy u kogoś zachowała się ta pierwsza widokówka? Pod inną datą zapisałam, że na języku rosyjskimi pani biła kijem Franka. Franek był przerośnięty. Był z rodziny repatriantów. Znał język rosyjski i odnosił się z pogardą do młodej nauczycielki. Zastanawiamy się wspólnie, co się stało z Frankiem. Jego rodzice dawno nie żyją. W miasteczku mieszka jego najmłodszy brat. 
Kartka zeszytu podkreślona wieloma czerwonymi liniami. Ważne wydarzenie. Na skargę do szkoły przyszła starsza kobieta. Przezywaliśmy ją. Pamiętacie? Tak, pamiętamy. Miała polskie nazwisko, była Warmiaczką. Jej dwóch synów i mąż wcieleni do niemieckiej armii, zginęli na froncie. Dyrektor przyszedł do klasy. Był czerwony, spocony i zły. Przyprowadził kobietę, aby wskazała nas palcami. Romek mówi, że pamięta tę lekcję. Myślał, że zapadnie się ze wstydu pod ziemię. Do dziś ma z tego powodu moralnego kaca.Tak wtedy nauczył się tolerancji.

W starych zeszytach jest opis ulicy pełnej kałuż i końskiego łajna. Ulice są zapchane furmankami. Wszędzie pełno koni. Lubiliśmy biegać wokół furmanek i głaskać konie w drodze do szkoły. Wyobraźnia prowadzi nas tą drogą do szkoły. Szukamy minionego czasu, wspominamy i liczymy. Tak, liczymy naszych przyjaciół, których już wśród nas nie ma. Przetrwały ich i nasze wspólne przeżycia w pożółkłych zeszytach. Przetrwało nasze dzieciństwo. Są to proste zdania i proste sprawy. Jednak dla nas, 50-letnich ludzi ważne i bliskie. Okazją jest Wigilia, bo wracamy do swych bliskich osób i przeżyć. 
Pamiętniki wkładam do pudełka na strychu mojego rodzinnego domu. Wiedziałam o tym, że się przydadzą, tak powiedziała nasza nauczycielka.
Nie ma już jej wśród nas, przetrwały jej myśli, słowa zachęty i nauka. Po takiej wizycie moi przyjaciele rozchodzili się pokrzepieni.
— Znowu przez chwilę byliśmy dziećmi — mówili. — To wspaniały prezent pod choinkę, podróż do dzieciństwa i lat szkolnych.

Mirosława Milewska z Jezioran.
Wyróżnienie w konkursie "Wigilijna opowieść" w 2004 r.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB