Dzisiaj jest sobota, 16 grudnia 2017. Imieniny Albiny, Sebastiana, Zdzisławy


Czarka samotności



2011-11-09 15:09:23

Płomień chybotał się niepewnie na krótkim knocie. Cichy trzask ognia, ledwie słyszalny sprawił, że przypomniały się jej wigilie w domu, jeszcze przed remontem. Tak samo trzaskały drewna w starym piecu, który potem zastąpiła kuchenka. Stał w rogu kuchni, duży, z ozdobnymi kaflami. Na piecu zawsze trzymała torebkę z kawą. Doskonale wysuszona i zmielona w ręcznym młynku smakowała potem inaczej, niż te zamknięte w szafkach (...)


Czarka samotności



Autor zdjęcia: Paweł Kicowski

Płomień chybotał się niepewnie na krótkim knocie. Cichy trzask ognia, ledwie słyszalny sprawił, że przypomniały się jej wigilie w domu, jeszcze przed remontem. Tak samo trzaskały drewna w starym piecu, który potem zastąpiła kuchenka. Stał w rogu kuchni, duży, z ozdobnymi kaflami. Na piecu zawsze trzymała torebkę z kawą. Doskonale wysuszona i zmielona w ręcznym młynku smakowała potem inaczej, niż te zamknięte w szafkach. Goście zawsze chwalili tę kawę i pytali skąd w tych trudnych czasach ma aż tak smaczną. A ona z dumą dzieliła między nich ten ciemnobrązowy, prawie czarny i gęstszy od aromatu płyn wlany do kruchych filiżanek, które matka zdołała ocalić z ich podwileńskiego majątku. Filiżanki z czasem tłukły się — po kolei. Pierwszą strącił ze stołu jej mąż. Dwa dni przed śmiercią. Od razu poczuła, że to zły zwiastun — bo przecież filiżanki przetrwały w repatriacyjnych wagonach, a nie wytrzymały próby czasu na białym, wigilijnym obrusie, w bezpiecznym domu. Druga filiżanka pękła podczas zmywania.Też po wigilii, ale już później, bo dzieci już dorosły. Zmywała ją pieczołowicie, jak zwykle, a filiżanka mimo to pękła. Przez kilka dni myślała, że spotka ją jakieś nieszczęście, jak wtedy. Nie spotkało. Życie popędziło dawnym rytmem,a ona zapomniała po kilku miesiącach o tej niby-wyroczni. Tylko czasem serce zakłuło, gdy patrzyła na pusty talerzyk, na którym kiedyś stała krucha czarka. Trzecią zabrała do akademika córka Ania — nic mamie o tym nie powiedziała, a ona potem przez kilka dni szukała tej brakującej filiżanki. Dopiero po kilku miesiącach Ania się przyznała, że chciała mieć cząstkę domu „na obczyźnie” jak nazywała akademik i studia. Filiżanką zachwycali się wszyscy i podczas tych właśnie zachwytów ktoś niechcący ją upuścił. Pękła na pół, Ania skleiła ją mocnym klejem, nasypała do niej ziemi i posadziła małego kaktusa. A czwartą stłukł Stasio, sąsiad-niezgraba, który przyszedł w odwiedziny. Poczęstowała go tą swoją kawą, chciała, żeby było elegancko i wystawiła filiżanki.Też były święta — pamięta dobrze. Bo zapaliła nawet świecę i kominek zapachowy z odrobiną sosnowego olejku. Zapachniało lasem i wtedy Staś chciał zobaczyć, jak działa ten kominek. Sięgając nieostrożnie, potrącił filiżankę. Ciemny płyn wylał się na biały obrus, czysty jeszcze, bo z wigilii. Pod stołem leżały białe skorupki... 

I teraz na szafce w kuchni stoją tylko dwie filiżanki — osierocone i kruche jak motyle. Dziś znów wigilia, kolejna w życiu, ile jeszcze ich przed nią? Wyciągnęła z wiklinowego koszyka flanelową szmatkę. Z trudem doszła do szafki i drżącą dłonią sięgnęła po filiżanki. Żeby tylko nie upuścić — myślała. Zegar wybił piątą — o tej porze zawsze siadali z Jankiem do wigilii. Pierwszy rok sami, ale już wtedy pod sercem czuła ruchy ich córki. I potem druga, i trzecia — już z dwójką dzieci: Anią i Jasią, i czwarta — i znów te znajome ruchy dziecka. Ostatnia. Janek nawet nie wiedział, że urodzą się bliźnięta — Antoś i Eugeniusz. Chory i zbolały był w tamtą wigilię. Lekarz warunkowo wypuścił go ze szpitala, na święta. I wrócił tam na drugi dzień rano, blady i wyczerpany. Nikt nie spodziewał się, że jego osłabiony w więzieniu organizm nie będzie potrafił obronić się przed zwykłą grypą. Dziś pewnie lekarze by go wyleczyli, ale wtedy... Nie ma już Janka. Dziś na stole postawi jego zdjęcie, jak zawsze. Przystroi je gałązką świerku, którą kilka dni temu przyniosła bratowa. „Masz, żebyś trochę zapachu świąt miała w domu”— powiedziała, wykładając połamane gałązki z jednorazowej reklamówki. Sztuczna choinka, od lat stawiana na telewizorze miała tylko zapach starości i kurzu. Ale zapachy nie kojarzyły się ze świętami. Ale przypomniały Janka. Pamięta, jak kupił ją w jakimś sklepie w centrum miasta. Przyniósł ją w malutkim kartonie i powiedział: w tym roku tylko taka,w następnym kupi się większą. Zaraz poszła na strych, gdzie schowała kilka bombek,zapakowanych w kartonie po butach. Dostała je od mamy, jak szła „na swoje”. Przełożone watą, z resztkami igieł z ich prawdziwych choinek z domu rodzinnego. Do dziś jeszcze ma ten karton, wyłożony watą ręką mamy. Tyle lat od tamtego czasu minęło... Wtedy, gdy pierwszy raz wieszała te swoje bombki na małej sztucznej choince, myślała, że w przyszłym roku na pewno będą mieli większe drzewko i lepsze bombki. Ale za rok nie było, bo Janek do późna pracował. Potem znów czasu zabrakło, a potem ten szpital, i nie było głowy do nowej choinki. I tak zostało — mała choinka na telewizorze, zaledwie symbol tej prawdziwej, ale tak trudno z nią było się rozstać, bo przypominała Janka. Przetarła szmatką starą fotografię. Czas na wieczerzę, mój mężu. Ania w Holandii, Jasia w Niemczech, Antoś w Warszawie a Genio w Kołobrzegu. Wszyscy gdzieś daleko, tylko my zostaliśmy sami w tym naszym domu — wyszeptała. Na stole biały obrus, dwa talerze, a obok nich dwa widelce, dwie łyżki i dwa noże. Sztućce wzięła te odświętne, lepsze, nie te aluminiowe, na co dzień. Pogładziła delikatny wzorek na trzonkach. Kupiła je w lepszych czasach, jak już dzieci odchowała i poszły na swoje. Trudno było młodej wdowie z małymi dziećmi kupić coś drogiego i eleganckiego. A tak zawsze kochała ładne zastawy! Więc gdy już dzieci założyły własne gniazda, przestała sobie tylu rzeczy odmawiać. To właśnie wtedy kupiła ten biały obrus — ręcznie haftowany, z błyszczącą pliską wokół. Sąsiadki jej zazdrościły go, a gdy przychodziły w święta, delikatnie głaskały gładką powierzchnię. „Dziś naszych dzieci nie będzie tu z nami, mój Janku”— myślała. „Nie, nie zapomniały o mnie, ale mają swoje kłopoty. Genio chory na kręgosłup, Antoś ma anginę, Jasia nie mogła się wyrwać z tej Holandii, coś ją zatrzymało, a Ania pracuje przez całe święta.Tylko w tym roku nie przyjechali, bo przecież byli tu ze mną rok temu!” Nalała gorący barszcz na talerz. Postawiła dymiące pierogi, które odgrzała w kuchence mikrofalowej. Od dzieci dostała,w maju, na urodziny. Dwa dni uczyła się obsługi, bo nie mogła zrozumieć, dlaczego wystarczy tylko na kilka minut,by odgrzać potrawę.W piekarniku musiała ją grzać dobre pół godziny. Jadła wolno, jakby chciała, by wigilia trwała dłużej, jak wtedy, gdy dzieci były z nią. Zawsze do późna siedzieli przy stołach. Rozmawiali, śmiali się, śpiewali kolędy.
Pierwszy raz spędza święta sama. Tylko z Jankiem. Sąsiadki ją zapraszały do siebie, ale nie chciała. Źle się ostatnio czuła, nogi odmawiają posłuszeństwa. Gdy pomyślała, że musiałaby iść na drugą stronę ulicy... Nie, to nie było możliwe. Nie dałaby rady. Jutro ktoś z sąsiadów na pewno ją odwiedzi. Będzie miała z kim przełamać się opłatkiem. Odstawiła talerz z resztką barszczu, sięgnęła po pierogi. Prawie wystygły, ale wciąż jeszcze były dobre. Janek ją nauczył, żeby ciasto na pierogi zawsze zaparzać wrzątkiem. „To będzie takie mięciutkie, pulchne”— mówił. No i nauczyła się, teraz jej pierogi są znane w całej rodzinie. Do farszu z kapusty dodawała kilka grzybów, choć nie mogła ich dużo jeść. Jak wszystko w tym wieku — szkodziły. Ale w wigilię zawsze pozwalała sobie na więcej. Grzyby zbierał zwykle Antoś — przyjeżdżał jesienią do niej na urlop, zaraz pakował całą rodzinę w samochód i wywoził na Ganty.Tam znał każdy kąt — wiedział, gdzie rosną borowiki, gdzie turki, a gdzie najłatwiej o czerwonołebka.
Smak tych wigilijnych pierogów zawsze przypominał jej te wspólne grzybobrania. Ileż było przy tym radości, ile śmiechu. Żona Antka to zapalona zbieraczka grzybów, i ich dzieci również — czasem więc do domu znosili pełne kosze tego leśnego bogactwa a sąsiedzi patrzyli przez okna zazdrośnie. „Oj, będą mieli teraz z nimi roboty!”— mówili do siebie. Ale liczyli po cichu na to, że sąsiadka podaruje im jak co roku, płócienne węzełki z wysuszonymi grzybami. Zawsze tak robiła i mówiła przy tym: macie, na święta, ja i tak dużo nie mogę jeść, to po co mają się marnować. 
Czuła, że się już najadła. „Śledzie zjem jutro”— pomyślała. „Teraz napiję się kawy”. Postawiła na stole błyszczące filiżanki — jedna dla Janka, druga dla niej. Otworzyła paczkę z kawą. Dziś kawa już nie smakuje, jak dawniej. „Ale pachnie ładnie, apetycznie”— pomyślała. Wrzątkiem z czajnika zalała brązowe drobiny. Dosypała cukru, dolała śmietanki. Tylko dzięki niskiemu ciśnieniu mogła jeszcze pić kawę, choć ludzie w jej wieku muszą sobie odmawiać tego smakołyku. Krucha filiżanka dobrze trzymała się w dłoni. Można ją było trzymać elegancko za uszko albo obejmować palcami całą czarkę, ogrzewając je. Patrzyła na szczupłą twarz Janka, otoczoną świerkowymi igłami. „Ładnie ci w tych igłach” — uśmiechnęła się. A on uśmiechnął się do niej spod jasnej grzywki. I tak patrzyli na siebie, w rozpląsanym blasku świecy. Zniknął gdzieś ciemny wieczór wigilijny, przestała czuć ból niedołężnych nóg. Znów w błękitnej sukience i ciemnym warkoczem zawiniętym dokoła głowy przysięgała mu miłość, aż po tą swoją dzisiejszą samotność... 


Alicja Łotysz

Druga nagroda w konkursie "Wigilijna opowieść" z 2005 r.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB