Dzisiaj jest sobota, 16 grudnia 2017. Imieniny Albiny, Sebastiana, Zdzisławy

W kolejce po cuda 



2011-11-22 15:19:36 (ost. akt: 2011-12-02 12:42:12)

Właśnie skończyła się msza w kościele na górce. Zabiły dzwony. Patrzyłem w rozgwieżdżone niebo i myślałam o tym, że prawdziwe istnieje tylko tu, na wsi. W mieście jest inaczej. Tam gwiazdy zazwyczaj nie mogą dotrzeć do ludzi brutalnie blokowane przez swoje elektryczne repliki (...)

W kolejce po cuda 



Autor zdjęcia: Paweł Kicowski

Właśnie skończyła się msza w kościele na górce. Zabiły dzwony. Patrzyłem w rozgwieżdżone niebo i myślałam o tym, że prawdziwe istnieje tylko tu, na wsi. W mieście jest inaczej. Tam gwiazdy zazwyczaj nie mogą dotrzeć do ludzi brutalnie blokowane przez swoje elektryczne repliki. Człowiek ciągle próbuje robić coś ma wzór cudu stworzonego przez naturę... a może że przez Niego? W każdym razie, zawsze wychodzi z tego tylko karykatura. Stoję teraz na czystym śniegu, chłonę jego świeży zapach, ciemność świerkowego lasu rosnącego nieopodal i miliardy promyków błogosławiących moją głowę. Które z tych gwiazd są moimi bliskimi? Pod którą kryje się pogwizdujący dziadek Joachim,w a pod którą strofująca go za to babcia Helena? Mój kuzyn zżarty przez raka też gdzieś tam jest. I koleżanka z klasy, ta co sama wybrała niebo. Ignorowałem bolący kark i wołanie rodziców. Nagle jedna spadła. Widziałem wyraźnie jak odrywa się bez żadnego pożegnania od sklepienia i szerokim łukiem opuszcza zdziwiony nieboskłon. Wiedziałem, co powinienem teraz zrobić. To przecież zdarza się tak rzadko, właśnie się zdarzyło! 
Każdy wie, że trzeba zamknąć oczy i wypowiedzieć życzenie. Zamknąłem oczy. Moją głowę zalała fala pomysłów, ale po chwili została mi tylko pustka. Otworzyłem oczy. Nie było sensu tego przeciągać. Niczego nie wymyślę, bo niczego tak na prawdę nie pragnę. Spuściłem głowę czując się niegodnym, żeby spojrzeć w oczy wspaniałej widowni nade mną. Porażka przed tak liczną. publicznością była bardzo dotkliwa. I jak zawsze, kiedy coś mi nie wyszło wróciłem do mamy. Przedświąteczne szaleństwo. Dziesięć minut ulicą i natychmiast podtykają ci ulotki. Roztrącam las rąk wyciągających się po jałmużnę. Odwracam wzrok od kobiety z kartonikiem na szyi. Nie czytam. Prawie przewracam się o jakąś Rumunkę klęczącą pod murem i odmawiającą „Ojcze nasz!”. Pochylam głowę i pędzę przed siebie, byle jak najdalej od tłumu. Dopiero, kiedy skręcam w boczną uliczkę, moje tętno się uspokaja, ramiona rozluźniają, i oddech staje się głębszy. Wyciągam z kieszeni kolorowe karteczki, a w garści trzymam już kilka zmiętych. Odruchowo przeglądam —  PROMOCJA, RABAT, OKAZJA. Kiedy podchodzę do kosza, by je wyrzucić, mój wzrok przyciąga czarno-biała karteczka bez żadnych ozdóbek.Tylko tekst: „Choroby fizyczne możemy leczyć stosując leki, ale jedynym lekiem na samotność, rozpacz i brak nadziei jest miłość. Na świecie jest wielu ludzi, którzy umierają z braku chleba, lecz jeszcze więcej ludzi umiera z braku miłości”. NIE POZWÓL NA TO. PRZYJDŹ POMÓC. HOSPICJUM. 
Przez kilka dni opierałem się, ale słowa ulotki powracały tak uparcie, że w końcu złapałem szalik i wybiegłem z domu. Wiedziałem, gdzie jest Hospicjum, ale jeszcze nigdy nie przekroczyłem jego progu. Bo i po co? Moje życie jest wystarczająco szare bez widoku konających ludźmi. Zatrzymałem się w budynku, na parterze, zdezorientowany i pełen wątpliwości. Właściwie po co przyszedłem? 

— Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc?

Kobieta w białej bluzce zatrzymała mnie spojrzeniem.

— Nie wiem. Chyba nie. Widziałem ulotkę i przyszedłem. Ale chyba niepotrzebnie. 

Kobieta była w wieku mojej mamy i patrzyła na mnie tak jak ona. Jakby chciała wydobyć ze mnie, co myślę i co mnie gryzie. Jakbym sam wiedział. 

— Oczywiście, że potrzebnie. Tu nikt nie jest niepotrzebny — położyła na słowa szczególny akcent. 
— Jeśli masz ochotę i czas, możesz wiele zrobić. Czy po to tu jesteś?

— Nie wiem — odparłem zgodnie z tym co czułem.

Kobieta uśmiechnęła się. 

— Może przejdziemy się po ośrodku. To pomoże ci zdecydować się. 

Ruszyłem korytarzem. Pewny, że pójdę za nią. Zatrzymałem się na pierwszym piętrze przed drzwiami oklejonymi motylkami, kwiatkami i konio-psami (trudno określić).

— Wejdź tu. Ja dołączę do ciebie za pół godziny. Jestem umówiona na dole. Dasz radę?

Skinąłem głową nie patrząc jej w oczy. Zostałem sam, odetchnąłem kilka razy i powoli otworzyłem drzwi... 
To było rok temu. Czyli od roku jestem nie tylko synem, bratem, kumplem, ale i wolontaroiuszem. Moje życie wywróciło się do góry nogami. Nie warczę na rodziców, rozmawiam z rodzeństwem, często się śmieję. I często płaczę. 
Dziś jest wigilia. Najpierw idę do dzieci. Dzielimy się opłatkiem. Pani Eliza przytula mnie i mówi, że cieszy się, bo nie uciekłem tego pierwszego dnia, choć była pewna,a że to zrobię, jak tylko zostawi mnie przed drzwiami świetlicy. Łzy stoją mi w oczach. Chciałbym życzyć wszystkimi zdrowia, ale w tym miejscu brzmiałoby to nieszczerze. Tego jednego dostać nie mogą, a to przecież najważniejsze. Pękam dopiero, kiedy mały Krzyś, który ciągle zmusza mnie do gry w wojnę i nawet teraz ma talię kart w kieszeni piżamy, życzy mi żebym nigdy nie zachorował na to co on. Ma białaczkę. 
Wracając do domu patrzyłem w niebo. Przypomniałem sobie noc sprzed roku. I niewykorzystaną spadającą gwiazdę. Uśmiechnąłem się gorzko do siebie, bo zdałem sobie sprawę, że teraz wiedziałbym o co prosić. Miał bym nawet kilkadziesiąt próśb. Żeby chociaż Krzyś... Nagle przystanąłem tknięty dziwną myślą. A może to właśnie jest dar od gwiazd. Nie wiedziałem czego chcę, a teraz wiem i choć tu świadomość jest bolesna to przecież lepsza od tamtej pustki. W takim razie — dziękuję, ci gwiazdo, losie... może Tobie Boże? Na początku miałem do Ciebie pretensję, ale Michaśka wyjaśniła mi, że Ty jesteś bardzo samotny. Nas za to jest tyle, że nie zdążysz pomóc wszystkim. Trzeba czekać cierpliwie w kolejce. Aż któregoś dnia zdarzy się cud.

Monika Cudnoch

Druga nagroda w konkursie "Wigilijna opowieść" z 2005 r.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB